Pstryk, pstryk
Pyk i kolejny miesiąc minął. Ten dłużył mi się niesamowicie, ale był odrobinkę lżejszy niż lipiec, choć też nie obyło się bez kilkunastu przykrych niespodzianek i wydarzeń. Może mam gdzieś zapisane w gwiazdach te dołujące momenty, by później podwójnie cieszyć się świętym spokojem? Sierpień przede wszystkim stał pod znakiem wytężonej pracy, pracy i jeszcze raz pracy. Lecę na oparach, ale już wkrótce zaczynam wytęskniony i wyczekany urlop. Jeszcze kilka zakrętów i zobaczę upragnioną metę. Tymczasem jednym z przyjemniejszych sierpniowych wydarzeń był Festiwal Wisły. Pogoda była w kratkę i nie inaczej było na samej imprezie, ale na szczęście ulewa na dobre rozpoczęła się, gdy już z koleżankami zeszłyśmy z łodzi na bezpieczny ląd – choć w tym przypadku już nie taki suchy. Na spacerach zaś już zauważyłam pierwsze oznaki jesieni: żółć na brzozowych liściach, kwitnące nawłocie i wrzosy oraz zimne i mgliste poranki, które już nie pachną latem i suchym igliwiem. Znów pewien okres się kończy ...