Pstryk, pstryk
No cóż, delikatnie rzecz ujmując, lipiec nie był najszczęśliwszym miesiącem w moim życiu. Już od pierwszych dni zaczęły mi się przydarzać różne nieprzyjemne, a czasem wręcz pechowe sytuacje. Liczne wizyty lekarskie, wizyty u weterynarza i stres w oczekiwaniu na wyniki i ostateczną diagnozę. Do tego różnego typu sytuacje w ogóle ode mnie niezależne, jak remonty dróg, zrywki i wycinki, kładzenie światłowodu i zablokowanie na kilkanaście godzin dostępu do domu, zdarzenia drogowe, liczne obowiązki, zgubienie paru ważnych rzeczy (w tym obrączki), sprzęty odmawiające posłuszeństwa, zmienna pogoda, która też wpływała na zdrowie, ogólne samopoczucie itd. Dość powiedzieć, że już w połowie miesiąca zaczęłam marzyć tylko o tym, by, kładąc się spać, obudzić się w sierpniu. Albo nawet i we wrześniu, bo wtedy mam długi urlop. W pionie trzymała mnie rutyna i pasje: aktywność fizyczna, spacery, poszukiwania obiektów do fotografowania, spotkanie puzzlowe (na którym też miałam pecha, bo zaliczyłam pie...