Pstryk, pstryk
Kolejny miesiąc minął błyskawicznie. Miałam wrażenie, że budzę się w poniedziałek rano by wstać do pracy, a po 5 minutach już jest kolejny weekend. W lipcu najbardziej dokuczliwie były upały i duchota. Nic się nie chciało, w głowie huczało, serce łomotało i piłam hektolitry wody. Nawet nocami nie można było odpocząć od wysokich temperatur. Sucha ziemia aż płakała z braku wody i chwil orzeźwienia. Mimo wszystko udało mi się pójść na parę spacerów z samego rana, bo tylko wtedy było w miarę rześko, spokojnie i cicho. Tylko ja i natura – to potrafi dać porządnego kopa na cały dzień!