Wdech, wydech
„Największą siłę ma spokój, który pozwala nam usłyszeć własne myśli, zanim zagłuszy je świat”.
Tak! Taki właśnie wymyśliłam tytuł dla
nowego cyklu. Koresponduje on z moim „nowym ja” i pasuje do minimalistycznych
nazw pozostałych serii. „Pstryk, pstryk” – to dla mnie zatrzymanie chwil w
kadrze, dla pamięci i przywoływania przyjemnych momentów. „Puzzle, puzzle” – to
seria o pasji, cierpliwości, skupieniu i pewnej ucieczce od codzienności. A
„Wdech, wydech”? To będzie taki mały, prywatny hołd dla samej siebie – coś
zarówno dla ciała, jak i zdrowia i równowagi. Długo snułam rozważania, jaką
formę przyjąć, bo przede wszystkim chciałam, żeby nowy cykl był spójny z całym
blogiem. Wiązał jego charakter i moje największe pasje z formą refleksji nad
ciałem, zdrowiem, duszą, muzyką. Postawiłam na rodzaj miniesejów. Długo z tym
zwlekałam i odkładałam tekst – dystans to najlepszy redaktor. Ale w końcu oto i
on. Pierwszy wpis. To co? Gotowi?
Ciało, które czyta
Czytanie długo wydawało mi się
czynnością czysto intelektualną. Głową. Wyobraźnią. Ciszą. Spokojem. Ulubioną
pozycją na kanapie. Dopiero z czasem zaczęłam zauważać, że czyta również ciało
— że ono pamięta więcej, niż bym chciała, i wymaga więcej, niż mu dawałam. W
pewnym momencie po prostu zaprotestowało.
Przez lata ignorowałam sygnały
wysyłane przez organizm, wybierając wygodną kanapę i kolejne rozdziały książek
zamiast ruchu. Organizm jednak z czasem coraz bardziej zaczął dopominać się o
swoje. Dał mi wyraźnie do zrozumienia, że lepszy moment, by się za siebie
zabrać, może już nie nastąpić. Jestem typem domatora, dla którego
najtrudniejszą rzeczą było poderwanie się z kanapy. Jednak widmo zagrażających
zdrowiu chorób zmusiło mnie, by chcąc nie chcąc, w końcu wziąć się za siebie. Z
akcentem na „nie chcąc” – bo każdy, kto mnie trochę zna, wie, że nie przepadam
za zmianami.
Postawiłam na
metodę małych kroków. Wybrałam coś, co pasuje do mojego charakteru – trening w
domu: moje ściany, mój kawałek podłogi, moje zasady, moje godziny. Zamiast
intensywnego potu, wybrałam precyzję i jakość ruchu. Zamiast ilości: jakość i
uważność. Siłę funkcjonalną zamiast tej widocznej gołym okiem. Moim „strzałem w
dziesiątkę” okazało się wsparcie fizjoterapeutki, która nauczyła mnie
najważniejszego: prawidłowego oddechu. To była lekcja uważności, której nie da
się ani przyspieszyć, ani pominąć. Dziś mięśnie powoli stają się „stelażem” dla
mojej skóry, a ja z każdym dniem odzyskuję zaufanie do własnego ciała.
Ta nowa uważność przenika
wszystko inne. W kuchni przestałam szukać „gotowców”, które kupowałam tylko po
to, by szybciej wrócić do puzzli czy rozdziału. Zrozumiałam, że zdrowe nawyki
to nie jedzenie „liścia sałaty”, ale smak, który rozgrzewa duszę równie
skutecznie, co babcine obiady. To intuicja i świadomy przegląd sklepowych półek
zamiast rygorystycznego liczenia kalorii. To odzyskana radość ze wspólnych,
kolorowych posiłków, które sycą psychicznie i poprawiają samopoczucie, bo
przecież życie bez smaku nie ma racji bytu. Po takim „comfort food” ma się
więcej sił i na wieczorne ćwiczenia i na towarzyszenie literackim bohaterom w
ich przygodach. To też więcej sił na marzenia, planowanie i wzory puzzli. Wdech,
wydech to rodzaj układanki – trzeba właściwie dopasować wszystkie elementy, by
stworzyć satysfakcjonującą całość.
Nawet dbałość o skórę stała się
rytuałem – próbą „otulenia” i „napojenia” ciała, które po dużej utracie
kilogramów stało się wiotkie i potrzebowało ukojenia. A muzyka? Ona nadaje temu
wszystkiemu rytm. Ponownie ją dla siebie odkryłam. Taki kolejny wdech, wydech. Znów
ma
dla mnie głęboki, często bardzo osobisty sens i pozwala uciec w świat wyobraźni
inaczej niż książki czy puzzle. W rytmie ulubionych dźwięków nie tylko mocniej
angażuję się w ćwiczenia na macie, ale zaczęłam czuć, że to ja jestem głównym
bohaterem i kreatorem życia, a nie tylko i wyłącznie obserwatorem cudzych
historii. Tworzę własną. To kolejna ciekawa uważność, która wcześniej mi po
prostu umykała.
„Wdech, wydech” to mój mały,
prywatny hołd dla samej siebie. To dowód na to, że warto czasem odłożyć
książkę, oderwać się od puzzli i scrollowania Facebooka w poszukiwaniu
wydawniczych nowości, by mocniej czerpać z życia. Dziś już wiem, że
pasje karmią ducha, ale to ruch daje siłę, by w pełni z nich korzystać.
Przestałam szukać wytchnienia wyłącznie w świecie liter czy puzzli. Musiałam odkryć, że troska o ciało jest równie ważna,
by jak najdłużej cieszyć się zdrowiem, mobilnością, nowymi możliwościami, próbami
spełniania marzeń. Polubiłam wyzwania, nową wersję postrzegania siebie i nie
żałuję, że podjęłam trud i wysiłek. Jeszcze nie osiadam na laurach, jeszcze
przede mną długa droga. Cały czas uczę się, że nie muszę od razu robić
wszystkiego idealnie, że błędy są naturalne i czasem wręcz potrzebne, by
stymulować do dalszego rozwoju. Niezmiennie mnie cieszy, że zamiast spędzać
czas tylko na kanapie, jestem też i na macie ze swoim sprzętem oraz muzyką. A
najważniejsze, że staram się po prostu być lepszą wersją siebie z wczoraj.
Już wiem z całkowitą pewnością: nie ma dróg na skróty i czasem wdech musi boleć, by wydech przyniósł ulgę.
Komentarze
Prześlij komentarz